Tego postu nie ma.

Tego wpisu nie ma i wcale go nie czytacie. Nic a nic. Ani pół literki nie widzicie tutaj. Jak Wam tak piszę, to tak jest.

Nawet, jak tutaj weszliście, to zapomnicie zaraz.

Tak napisałam.

A teraz nie przeczytacie, że pewnego dnia w pewnej niedużej miejscowości o pewnego czterołapka niedużego dbano trochę bardzo mało. Jak go jeździdło przetrąciło… chyba nawet własne jeździdło pańciostwa z pańciostwem w środku, i to nie raz…  to też ich to za wiele nie obeszło… Cośtam jeszcze mu było takiego, że musiał pojechać do psiowetów, bo było coraz kiepściej z nim, ale nikt nie miał zamiaru się nim zająć. Guza miał, który wziął i pękł czy coś. Się dwunożni nasi o tym dowiedzieli, pojechali, psa zabrali pod pachę (w skrócie dużym) i powieźli do nas. Bo jak to tak!? Pomocy porzebował mały starowinek i…. NIC? Miał tak pod płotem ostatni kawalątek powietrza z płucek wytchnąć i… koniec…? Jak go nasi zabrali, to usłyszeli potem, że przecież dzieci za nim płaczą! Że ta jego „pańcia” to małych dwunożnych uczy w szkole, to ona nie może iść do sądu! …………..no wiecie…………?

Nie napiszę nic a nic, że Pluto przyjechał do nas i zamieszkał w ciepłym pomieszczonku, a psioweci wzięli go w obroty. Żył tak sobie w schronisku z dnia na dzień, powolutku zdrowiał na tyle, na ile mógł zdrowieć, bo wiek to już z niego nie wylezie….

A teraz jak już tego nie przeczytaliście, to dalej nie przeczytacie o takich Dwunożnych przez ogromne Dwu, co to zawsze mieli dom pełen czterołapów. Część było młodszych, część wziętych już w późnej jesieni życia i tak sobie wszystkie żyły w zgodzie, aż naturalnym biegiem życia, zaczęły się wykruszać… Zostały same sierściuchy, które też potem… ech…

W każdym razie w domu tym postanowiono, że dość już tych tragedii, bo przecież każde przeprowadzenie na drugą stronę to morze łez i poliki całe w głębokich korytach po strugach mokrych i może tak jednak kilku… a nie kilkunastoletnie psiątko wziąć… Nie mogło to być jednak na siłę. Musiało być „to coś”. Czekali więc na to szybsze zabicie serc.

…aż nagle…

Pluciotek dzielnie się próbował odnaleźć w schroniskowej rzeczywistości. To na spacerek podreptał, to dał się pogłaskać, to mali dwunożni go drapali po pleckach, to z dużymi chodził do lasu, czy to był dzień powszedni czy święto jakieś u nas.

…i właśnie na jednym takim święcie zrobili mu zdjęć kilka, które zobaczył ten Dwunożny…

…Dwunożna nie musiała zdjęć oglądać, ona była u nas, bo ona nasza jest. W każdym razie coś się ruszyło w sercu… Raz, drugi zrobiło jakby większe bum-bum. A po tym zdjęciu…

 ….zrobiło już całkiem odważne BUM-bum-BUM i nie mógł ten zwiędły czterołapek wyleźć z głowy.

Potem już było szybko, ale o tym też nic się nie dowiecie, że przyjechała ta nasza, poszła z Plutem do kotów, Pluto merdł ogonem raz, drugi i wiadomo było, że mu nie przeszkadzają. Na drugi dzień starutki, zwiędły czterołapek zawitał w nowe progi…

Na początku to jeszcze mu było nie do śmiechu. Bał się chyba, że znów będzie mieszkał na dworze, tak jak całe życie przed schroniskiem, a zima to była….

Nikt go jednak nie wypędzał, a przeciwnie wprost. Kąpiółka była.

…a potem nikt nie wyganiał, pokazano, gdzie posłanko stoi, dali kołderkę, podusię, kocyk i misia, na którym tak cudownie można było opierać łapkę przez pierwsze kilka nocy…

Na spacery też Pluto chodzi każdego dnia, ale… tutaj przedstawię coś, przez co w ogóle mnie natchło na pisanie o Plutu. Coś, przez co się zryczałam ze Stańką po same pazury.

…bo widzicie… bo Pluto to już starszy psiaczek jest. Schorowany taki. Znaczy doświadczony też przez życie, a raczej przez jeździdła… I chodzi Pluciutek tak:

Takie ledwo-ledwo, prawda? Nie dziwota, cały taki drewniany jest.

I na te spacerki tak sobie wychodzi pomaluśku… I na nich też takie pół nieszczęścia jest, chociaż szeleczki nowe, superaśne, wygodne, i las zaraz za furtką, więc jest, gdzie się przechadzać.

…widzicie to pytanie w oczach, czy dłuuugooo jeszcze??

Wystarczy jednak powiedzieć do Pluta, że wraca do domu, wystarczy podejść pod furtkę. Młodnieje o lat pięć co najmniej! Sami popatrzcie:

Tak leci do domu! DO DOMU! Pierwszy raz ma dom taki prawdziwy, w którym nie płaczą za nim, a nad nim, bo tak się nacierpiał chłopak w życiu… Nikt go tutaj nie potrąca niczym, chyba że jedzonko podano, a on nie wie, bo głuchy jak pieniek jest, to go lekutko szturchną ręką ukochaną…

Tak wygląda staruszkowa radość. 

Tak właśnie. Taka głucha, bezzębna, białooka, skrzypiąca radość. To jest taki szczególny jej rodzaj. Najszczególniejszy. Kiedy ważny jest każdy dzień, kiedy tak bardzo ważna każda merdająca chwila, bo przecież są już policzone… Może w tysiącach, może w dziesiątkach, tego nie wiadomo nigdy. Ale to tak szczególnie zapada w pamięć, chłonie się takie chwile i wyjątkowo mocno w pamięci zapisuje w specjalnych szufladkach. I to spojrzenie nie jest takie chwilowe, bo przecież będziemy ze sobą tak długo. To jest takie spojrzenie, które obejmuje każdy włos najmniejszy, każdą bruzdkę na wysuszonym nosie, każdy włos siwy na faflu, każdą narośl, niedoskonałość, każdy za długi pazur, który trzeba skrócić, ale to jutro, bo przecież tak nie lubi obcinania. .. To jest chodzenie z każdym kąskiem najlepszym, bo to już nie ten czas, że kiedy nie je, to trudno, zje jutro. Nie wiadomo, co będzie jutro, a sił już coraz mniej, więc każdy kawalątek się liczy i każdy się zapisuje w głowie w rubryczce „ufff – sukces”. To jest wsłuchiwanie się w kroki, czy to znów do miseczki z piciem, czy może trzeba na spacer, czy może idzie po głaski. Każdy krok jest tak ważny, bo już się ich nie drobi ot tak, bez celu. Na to już sił szkoda, wszystko musi być przemyślane.

W takim szczególnym czasie, wyjątkowe są radości i chwile wspólne, człapanko na spacer i biegi z powrotem. Najszczególniejsze wieczory wspólne, na poduszkach, blisko siebie, byle w domu, byle ze sobą…

….i liczy się tu i teraz, bo strach wybiegać za bardzo w przyszłość…


Zapomniałam wspomnieć jeszcze tam pomiędzy wyżej, że ja nic nie piszę i Wy nic nie czytacie. Bo to ważne, żeby tego postu nie było. Udało się, prawda? Wcale go nie ma.

To ważne, żeby go nie było, żeby czegoś nie zapeszyć, żeby wszystko było dobrze, a przecież jak się napisze, to się nie spełni. Więc nie piszemy.


 – Stańka! Chodź! Skoro dziś postu nie ma, to się pokażemy trochę. Stań tu.

 – Ojeny, czekaj, bo wyszło niewyraźnie. Teraz się nie ruszamy! Uwaagaa…

 – ……Staaaańka, do góry się popatrz, jak mają nas obejrzeć… Dawaj, jeszcze raz.

 – Nie ruszać się miałaś….. No trudno, więcej nie robimy, bo już późno. Te trzy zdjęcia muszą wystarczyć za cały post. Bo przecież nic tu więcej nie ma prócz tych naszych zdjęć, prawda?

Tymczasem dobranoc i postaramy się jednak następnym razem coś napisać.

3 komentarze

  1. Wiecie jak ja czekam? Czekam tyle dni by rano, skoro świt obudzić się i pierwsze co to na bloga zajrzeć, poryczeć się, z różnych powodów…czekam i czekam a tu dzisiaj nic! Żadnego wpisu…dobrze, że chociaż wasze zdjęcia są…a oczy to mokre to od wiatru są…tak to na pewno od wiatru są! Bo przecież od czego innego?

  2. Zadziwiająca sprawa, nie ma postu, nic tu nie ma, a wzruszenie jakoś tak za gardło ułapiło, że sama nie wiem 🙂

Napisz kilka słów! (...albo więcej!)