…jakby nigdy nic życie ucieka…

Ten tytuł to nie są moje słowa, ale autor też jest czworonożny. O nim na końcu jednak… Co mnie naszło? Ach, bo tak szłam sobie z jedną z naszych po schronisku….

…tam, dalej, drugi kojec… mam niżej łepetynkę, to zobaczyłam go szybciej… Za chwilę i ta nasza już widziała…

…kto ma taki piękny, dostojny pychol…?

Herbi… Kilka lat za kratami, kilka lat w niemal ciemnościach… Kilka lat samotnie w kojcu… Odkąd jego współpsiolokatorka znalazła dom, nie zaakceptował żadnej innej…

…życie ucieka…

Herbi dobrze wiedział, że przechodzimy obok, przecież nos ma niemały i doskonale mu działa. Wiedział, ale głowy nie podniósł. Nie miał chęci najmniejszych… Ile razy już ją podnosił…? Ile razy z nadzieją oczy ledwo widzące kierował na tych, którzy stali przed jego kratami…? …i nic…

Mi nie wypadało, ale nasza sama podniosła herbiową brodę, posmyrała pod spodem, powiedziała coś dobrego…

Dobrzy są ci nasi, wiecie…?

…życie ucieka….

Ktoś powie – wiosna jest! Cudnie! Ciepło! Trawa, las, przygoda! …tylko gdzie…?

Oglądamy z daleka zieloność, czujemy jej zapach, co kilka dni wylatujemy „na chwilę”, żeby ją poczuć pod poduszkami, cieszymy się dwunożnymi, zapominamy, skąd wyszliśmy i nie chcemy sobie o tym przypominać aż do ostatniego, najostatniejszego zakrętu… Potem, nie chcąc robić przykrości, wciąż merdamy ogonami, na paszczę nadziewamy uśmiech, wracamy „do siebie” zadowoleni z tego czasu spędzonego w lesie. Przecież jak posmutniejemy, to ci dwunożni więcej nie przyjdą… Będą dziwnie uważać, że skoro nam jest smutno, to im będzie tym bardziej, więc wcale nie będą nas odwiedzać.

Co za straszna nieprawda!

My się już rwiemy w radosnym szale, byle wyjść!

Chociaż na chwilę, chociaż na ten spacer, chociaż poczuć wolności trochę! Naprawdę tego potrzebujemy, naprawdę staramy się dać jak najwięcej od siebie, żeby nie było, że tylko bierzemy od Was dużo dobrego i nic nie dajemy… Nasi mówili nam nie raz i nie dwa, że wychodzą od nas naładowani pozytywnoscią! I naprawdę cieszymy się z tych powrotów, bo mimo wszystko przecież lepiej nam tutaj niż na ulicy, niż przy dziurawych budach, pustych miskach, niż pod ciężkimi rękami naszych poprzednich dwunożnych…

Staramy się, zauważ to! Doceń!

…bo inaczej całkiem nam to życie ucieknie w kojcach…

Luger coś wie o tym, dobre kilka lat u nas mieszka, jak Herbi.

Wciąż pokazuje się od tej strony najbardziej majestatycznej i wciąż nic, wciąż nikt nie pyta… prócz niego jeszcze kilka psów takich jest, z podobnym stażem. Nie licząc Tysona, on to już kilka razy większość z nas przegonił. Mija dzień za dniem, wiosna za wiosną, rok za rokiem, zmazuje się jeden wiek na karcie, wpisuje kolejny, potem stawia się drugą cyferkę… Coraz bardziej niewidzialni.

…życie ucieka… nikt nie pyta…

Każdego dnia wystawiamy nosy ogromne, wciągamy powietrze, czujemy zapach kolejnych dwunożnych. Coś nowego, coś innego niż zapach schroniska, wyłapujemy każdą nutę, zakładamy się, kto pierwszy wyczuje, bo przecież nos nosowi nierówny. Zdziśka i jej niuchacz całkiem solidny coś o tym wiedzą.

Jest jedną z najlepszych w węszeniu! Krótko u nas mieszka, ale już wie, że trzeba doceniać każdą chwilę, nie można żadnej przegapić, każda jest najważniejsza, najszczególniejsza, z każdej trzeba czerpać całymi łapami, żeby zapamiętać każdą, najmniejszą sekundkę, żeby na sierści został ten ukochany, znajomy zapach, żeby jeszcze czuć ten dotyk, nawet późno w noc, kiedy wokół tylko świerszcze słychać…

…jakby nigdy nic życie nam ucieka za kratami… Odliczamy dni od spaceru do spaceru, odliczamy od odwiedzin do odwiedzin, opowiadamy sobie nawzajem, gdzie zostaliśmy podrapani… Ten za uszkiem, tamta pod bródką, a jeszcze inny się ucieszył, że dostał smaczka nadprogramowo. Każdy dzień bez spaceru jest prawie taki sam, każdy spacer jest jak największa przygoda pełna radości, każdy wymarsz do domu jest jak święto największe i nowa nadzieja dla każdego z nas, bo przecież jutro to może będziemy my…? 

Masz wpływ na nasz los większe, niż Ci się wydaje, wiesz o tym? Dzięki Tobie nie będziemy mieć poczucia, że to wszystko jest po nic, że nasze życie nie jest nikomu potrzebne, że… ucieka niepostrzeżenie… Dzięki Tobie te dni nie są takie same, dzięki Tobie nie zlewają się w jeden, to Ty nam serca rozgrzewasz i rozbłyszczasz oczy… To takie ważne jest, wiesz…? Dla Ciebie biją nasze serca i merdają ogony, bez Ciebie już dawno byśmy się rozpadli od środka…

…jakby nigdy nic kolejna wiosna mija,

jakby nigdy nic życie ucieka,           

jakby nigdy nic robię dobrą minę do złej gry…

…i z nadzieją na jutro czekam…

* – co do autora słów z tytułu i tych ostatnich linijek –  wspomniałam, że czworonożny jest, ale kopytny, nie łapny. Na imię dali mu Józef, a gatunkowo to Baran jest. I tam w tekście powinno być, że kolejna jesień, ale co będę pisać o spadających liściach, skoro świeżo się wykluły.

Ech… Szkoda, że ja tak pisać nie umiem…

W ogóle mi to dzisiaj nie wyszło, wiecie… jakaś melachnolia mnie złapała i nosi mnie jednocześnie… Nie umiem miejsca znaleźć, to trochę piszę, to wychodzę i dlatego tak może bezładnie jest… Wylatuję z biura co rusz, kręcę się w kółko, wracam, siadam do pisania, zastygam jakoś nad klawiaturą… Sama się odnaleźć nie mogę…

Jakbym się bała gdzieś z tyłu, za uszkami, że i mi coś ucieknie…

Napisz kilka słów! (...albo więcej!)